MOJE WYJAZDY KOLEJOWE ORAZ PORADNIK DLA PODRÓŻNIKÓW




PLANY WYJAZDÓW I RELACJE ZE STARYCH WYJAZDÓW

Relacja z wyjazdu na Ukrainę

WTOREK (7 września) - Śląsk, Przemyśl, Lwów
obrazek zdjęcia

Swoją podróż zaczynam jak zwykle na jednej z okolicznych stacji, tym razem są to Rydułtowy skąd pojadę bezpośrednio do Katowic. W pociągu spotykam znajomą panią konduktor, która kiedyś była kasjerką w moim mieście. Kupuję u niej bilet do Przemyśla, kombinowany z regiokartą i zniżką studencką. Do Katowic bez większych zakłóceń. W Katowicach oglądam jak idzie lifting tuneli Katowickiego dworca i muszę przyznać robi to bardzo pozytywne wrażenie. Trochę kręcę się po okolicy w oczekiwaniu na odjazd mojego IR do Przemyśla. Jako że katowicki megafon cierpi na kilka chorób takich jak skleroza, zespół parkinsona i alkoholizm ustawiam się wcześniej na peronie by widzieć przejeżdżające pociągi. Pani szczekaczka ogłasza 20 minut spóźnienia. Od razu dzwonię do znajomego, z prośbą by sprawdził w internecie gdzie jest mój IR. Spóźnienie oczywiście okazuje się być większe. Pani megafonistka była chyba dzień wcześniej na ostrej imprezie, bo niektóre pociągi na pragotronach pojawiają się na innych peronach niż naprawdę odjeżdżają. Po dłuższym oczekiwaniu nareszcie wjeżdża IR Śląsk, jednak to nie koniec spóźnieniowych wrażeń. Do Mysłowic prawie same S-Z'ty i rozkazy pisemne S, ponadto 20km/h z okazji robót torowych. W Krakowie dosiada się kolega jasiu. Dalej jedziemy już bez zakłóceń do Przemyśla. Decydujemy się na dojazd do Lwowa kombinacją busów, choć o 17.10 mielibyśmy bezpośredni PKS za 25 zł (tyle, że pewnie zajeżdża on tylko na dworzec Stryjski). W przemyślu wymieniamy trochę złotówek w kantorze po bardzo atrakcyjnym kursie. Bus do przejścia granicznego w Medyce stoi przy tylnym wyjściu z tunelu pod peronami. Zapełnia się bardzo powoli więc próbuję znaleźć jeszcze jakiś bankomat gdzie mógłbym wyjąć trochę złotówek bez prowizji, niestety takiego nie znajduję. W busie końcu udaje się zebrać komplet pasażerów więc jedziemy do granicy. Bus zajeżdża po drodze do wsi Medyka, gdzie wysadza jedną babcię.

Na przejściu granicznym pustki – być może polscy celnicy mocno tego dnia trzepali. Pani z SG zapytana czy to zawsze tak pusto odpowiada że dzisiaj taka promocja. Ukraińcy o dziwo nie dają karteczek, nawet wtedy gdy się o nią upomniałem. Po drugiej stronie granicy idziemy prosto na dworzec pomagając jeszcze dwóm Ukrainkom w niesieniu ciężkich zakupów. Przejeżdża jakaś marszrutka, ale to do wsi Buciw. Awtostancja w Szegini to kulturalny przystanek autobusowy ze stanowiskami dedykowanymi dla każdego kierunku i po jakimś czasie nadjeżdża w końcu bus relacji Szehynie – Lwów. Sprawdzamy też na rozkładzie że ostatni kurs jedzie o 21:30. Kierowca tradycyjnie bierze kasę do łapy (15 chrywien) i nie wydaje biletów. Zapełnienie mikrobusu jest dość znaczne, w dodatku z linii korzystają tez mieszkańcy przydrożnych wsi i miasteczek a każdy postój oznacza przeciskanie się przez plecaki i torby zawalające przejście. W końcu po półtorej godziny jazdy docieramy na plac dworcowy we Lwowie, czyli dworzec autobusowy AS-8. W pierwszej kolejności idziemy po bilet i kartę do telefonu Kijivstar. Na nasz pociąg do Odessy nie ma biletów na płackartne, a kupe kosztuje 150 hrywien, na co my kręcimy głową. – Aaa, żal mi was, to wam sprzedam na polski wagon. On jest tańszy, bo niefirmienny – mówi w końcu kasjerka proponując nam bilet za 110 hrywien w wagonie Warszawa – Odessa. Warto dodać że ów wagon wyjechał z Warszawy godzinę wcześniej niż jasiu.

Mając już bilety jedziemy tramwajem nr 9 do centrum. W tramwaju spotykamy też dwóch polaków którzy razem z nami przekraczali granice w Szehini i jechali tą samą marszrutką. Zagaduję motorniczą kiedy ostatni kurs, ta pokazuje mi swój służbowy rozkład jazdy (z dokładnymi odjazdami!) wypisany długopisem. Ostatni kurs do dworca ma być po 23, więc spokojnie łazimy po śródmieściu zahaczając o rynek i prospekt Szewczenki. Większość knajp zamyka się o 23, dzięki temu pracownicy i ostatni klienci mogą złapać ostatni tramwaj ;). Wracając na dworzec spotykamy poznaną wcześniej motorniczą z którą zabieramy się do dworca. Pani motornicza pozwala nam pojechać kursem zjazdowym do samej zajezdni. Odcinek do zajezdni jest dość długi, jednotorowy i nie jest używany w ruchu liniowym. Stamtąd idziemy już z buta na dworzec, bo wiemy, że wagon z Warszawy przyjedzie już o północy pociągiem Przemyśl – Kijów. Szczwany plan zakłada dostanie się do sypialnego zaraz po wjeździe, zanim odstawią go na boczne tory. Pociąg oczywiście przyjeżdża, a my znajdujemy grupę wagonów do Odessy - europejski z Pragi i stodołę z Warszawy. Niestety prowodnik otworzył nam drzwi dopiero, gdy wagony zaczęły ruszać w stronę torów postojowych. Czekając na powrót naszych wagonów siedliśmy na ławce pierwszego peronu, gdzie jasiu kupił w automacie herbatę – podobno smakowała ona jak herbata, a nie jak wyrób herbatopodobny marki Ekoland. W międzyczasie zainteresowała się nami jakaś pani, która dopytywała się skąd dokąd jedziemy, widząc mnie jedzącego kolację zaczęła dopytywać jasia czy nie jest głodny, zaczęła mu proponować jakąś swoją kiełbasę. Tymczasem na horyzoncie znowu pojawiły się nasze wagony, do których już tym razem udało się wejść bez problemu. Wagon z Warszawy był istotnie bardzo niefirmienny - stary Ammendorf bez żadnych modernizacji, na korytarzu i w WC girlandy sztucznej zieleniny. Pan prowodnik przydziela nam pusty przedział (zapewne z kontyngentu miejsc sprzedawanego w Polsce) Ogrzewanie nie działało, na szczęście przysługiwały nam koce. Nie rozwiązywało to jednak problemu nieszczelnych drewnianych okien. Na szczęście na górnej leżance był jeszcze jeden koc, pod dwoma kocami było już ciepło, jasiu olał sprawę i wolał marznąć. Wagon ma chyba stały przydział, bo znajdujemy tam nalepkę Polonii Warszawa.


ŚRODA - Odessa
obrazek zdjęcia

Rano budzimy się w okolicy Kotowska. Zjadamy śniadanko, doprowadzamy się do stanu używalności i obserwujemy trasę. Do Odessy przyjeżdżamy po 13, z około półgodzinnym opóźnieniem. Prawdopodobnie spóźniła się grupa wagonów z Moskwy podłączana po drodze. Kiepska pogoda szybko zmieniła się w deszczową. Na peronie babuszka, która dawno się nie myła, proponuje nam kwaterę, stopniowo obniżając cenę. Wprawdzie na dworcu jest biuro kwater, jednak wg pani pracującej tam kwatery na jeden dzień wziąć się nie da – tylko hotel. Dzwonimy więc z ukraińskiej karty do pani Swietłany, której numer namierzyłem gdzieś w Internecie. Pani Swietłana owszem, może skombinować nam kwaterę, tłumaczy jak i czym do niej dojechać, jednak noc za 100 hrywien. My próbujemy znaleźć coś tańszego i posiłkując się mapą Odessy z 2005 roku kierujemy się w rejon, gdzie mogą być jakieś akademiki. Podjeżdżamy kawałek trolejbusem, ale z powodu korków wysiadamy i dalej idziemy pieszo. Po drodze wstępujemy jeszcze na pizzę. Po zasięgnięciu języka okazało się, że jest jeden przy dworcu autobusowym, jednak portierka z akademika zaprzeczyła jakoby były tam jakieś pokoje dla turystów.

Bez konkretnego planu staliśmy więc na ulicy Targowej analizując mapę. W pewnym momencie podszedł do nas pan w swetrze pytając, czy szukamy jakiejś ulicy. Zgodnie z prawdą mówimy, że szukamy raczej kwartiry, ale coś tańszego, do 60 UAH, czym się mocno zafrasował i powiedział, że może coś załatwi. Po paru nieudanych próbach telefonowania powiedział, żeby poczekać na niego pół godziny, a on coś na pewno wynajdzie. Faktycznie po 30 min. pan wrócił z wieścią, że ewentualnie możemy przenocować u niego w domu za "co łaska". Dodał jeszcze, że przecież nas nie zna, więc dla bezpieczeństwa wymienimy się dokumentami – tu wciska nam do ręki przepustkę do zakładu i jakąś książeczkę. Nie było rady, wręczamy typowi dowody osobiste i jedziemy z nim marszrutką linii 240 na osiedle przy ul. Zabołotnoho. Tam czekamy pół godziny i następnie zabiera nas autobus marki MAZ, linii 104, która łączy osiedle z wioską Szewczenkowe. Za namową pana w swetrze (o wartości 4 naszych hrywien) autobus zatrzymuje się pod samą furtką:)

Obejście naszego gospodarza to przaśna chata jak z jakiejś ruskiej bajki. Wnętrze domu przypomina mi jak było 15 lat temu u mojej cioci na Dolnośląskiej wsi. Pan Witalij mieszka tu ze swoją żoną Leną i trójką dziatwy. Od razu podjęto nas herbatą i kartoflami ze śladową ilością mięsa i chlebem oraz zostaliśmy "wujkami". Okazuje się, że specjalnie na nasze przybycie pani Lena uruchomiła bojler... Dalej wieczór upływał na rozmowach o płacach w Polsce i o tym, co warto zobaczyć w Odessie. Witalij doradził nam, żeby pojechać do Humania, gdzie jest park Zofiówka, oraz wykaligrafował plan zwiedzania miasta. Oczywiście nie wspominamy o tym, że zamiast muzeum figur woskowych interesuje nas bardziej Hadżybejski Liman i Memoriał 411. Baterii.


CZWARTEK - Odessa
obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia

Po pobudce pani Lena podejmuje nas chlebem z mortadelą (mortadela miała kształt dupy) i odstawia na przystanek 104-ki. Podjeżdżamy na przystanek Boczarowa skąd zaczynamy eksplorację odeskiej sieci tramwajowej. W autobusie płaci się przy wyjściu, z powodu zatłoczenia nie udaje nam się dotrzeć do kierowcy. Na szczęście pogoda się poprawiła. Jedziemy więc kolejno tramwajem linii 7 na Paustowskoho, dalej 1 na Zawod Centrolit. Tu focimy zrujnowaną ekspedycję a ja kupuję w kafe-barze rogala a'la 7 Days. Pętla Centrolit czasy świetności ma zdecydowanie dawno za sobą. Podjeżdża następna 1 do Łuzaniwki, konduktor przynosi z Kafebaru kawę dla swojej motorniczej i jedziemy dalej. Z Łuzaniwki podjeżdżamy na węzeł przesiadkowy Mist Peresyp. Za mostem mamy już tramwaj 3 do centrum. Na wokzale zostawiamy bagaż, cena zależna jest od wymiarów. Pani ma miarkę w oku i mój bagaż klasyfikuje na 9,50hr, a jasiowy na 15hr. Kupujemy bilety do Pomicznej. Odjeżdżamy tramwajem nr 5. Na tej linii kursują zmodernizowane tramwaje z zapowiedziami głosowymi. Okolica, luksusowe sanatoria, nie sprzyja wysokiej frekwencji w tramwaju. Dojeżdżamy na plażę przy pętli Arkadia. Na morzu sztorm, kąpie się parę osób, w tym jeden golas. Siadamy ostatecznie na zadaszonych ławeczkach, z których część jest zarezerwowana dla zasłużonych w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej.

Po wykonaniu pamiątkowych fot na betonowym cyplu idziemy pieszo w stronę tramwaju jadącego do "Memoriału 411 baterii". Najpierw 17-tką do 11 Stancji Wielkiego Fontana. Naszą uwagę zwraca fakt że torowiska wpuszczone w ulicę są na płycie węgierskiej, zaś te wydzielone przebijają nawet torowiska Tramwajów Śląskich. Potem 18-tką do 16 Stancji, gdzie czekamy na kursującą co pół godziny linią nr 19. Pani czekająca na tramwaj zapewnia, że skoro dołżen byt' i faktycznie przyjechał po krótkim czasie. Na tej linii nie ma konduktora, motornicza bierze pieniądze do łapy. Trasa wiedzie między posesjami, co czyni ją niezwykle klimatyczną, po każdym postoju pani motornicza domyka drzwi ręką. Do końca docieramy tylko my, a na tramwaj czeka jeden pan, który zagaduje nas, skąd przyjechaliśmy. Okazało się, że jego babcia jest z Warszawy, a dziadek z Lublina. Po sfotografowaniu wagonu idziemy zobaczyć, co to jest ten cały memoriał. Mijamy po drodze wielki węzeł marszrutek, z których większość jedzie do samego centrum Odessy. Memoriał to dość duży park, gdzie zgromadzono dla uświadomienia potomnych duże ilości wojskowego żelastwa – po przejściu alei upamiętniającej wszystkie goroda-gieroje można obejrzeć ustawioną na cokole łódź podowodną, samoloty, czołgi, ogołocony z detali tramwaj i parowóz obudowany pancerną blachą.

Po zwiedzeniu Memoriału kierujemy się wiejską drogą w stronę trasy lustdorfskiej. Trafiamy w końcu na pętlę "11 Stancja Lustdorfskiej Dorogi" na osiedlu z wielkiej płyty. Tramwaju długo nie ma, więc część czekających zaczyna maszerować w stronę Lustdorfu ścieżką wzdłuż torów. Ostatecznie zabiera nas tramwaj "31", zabierając po drodze część pieszych pasażerów. Pokonując parę kilometrów stepu lądujemy na przystanku Lustdorf. Lustdorfska pętla to kryterium uliczne, wytyczone wzdłuż typowo wiejskich ulic. Po 15 minutach nadjeżdża kolejny 31. Ten chwilę stoi gdyż motorniczy z konduktorem grzebią coś przy wózku. Nadjeżdża nasze 27, które jedzie za Lustdorf, do portu. Pasażerów można policzyć na palcach jednej ręki. Konduktora na tej trasie nie ma więc próbuję zapłaci za przejazd motorniczemu. Ten jednak jest wyraźnie zdziwiony że chcemy kupić u niego bilety i bierze pieniądze w kieszeń. Po drodze zahaczamy wozem o niepoprzycinane krzaki. Na pętli wyskakujemy na parę fotek i wracamy do wagonu, bo następny za 52 minuty. Tym razem jedziemy za darmo. Na pętli "11. stancija Lustdorfskoj Dorogi" pasą się kozy, a my podziwiamy bloki z ocieplonymi mieszkaniami (nie mylić z ocieplaniem całej elewacji!) Dalsza podróż do centrum została przerwana stłuczką dwóch aut na środku skrzyżowania, więc resztę trasy do centrum pokonujemy marszrutką.

Teraz czas na właściwe zwiedzanie miasta. Jasiu próbuje jeszcze wymienić walutę, jednak pani nie ma drobnych hrywien więc odmawia współpracy. Trolejbusem linii 10 jedziemy na dworzec morski (Morwokzał), skąd wjeżdżamy pod górę funikularem kursującym wzdłuż słynnych Schodów Potiomkinowskich. Wszyscy pasażerowie ubrani po europejsku, wyjątek stanowi pani z obsługi która ma na sobie kufajkę. Warto wspomnieć że w trolejbusie było dwóch panów z garniturach, co uważam za ciekawostkę gdyż tacy klienci raczej nie są targetem transportu zbiorowego na Ukrainie. Zaczynamy powoli rozglądać się za jakąś tanią knajpką i darmowym WC. W końcu znajdujemy taką na rogu Greckiej i Preobrażeńskiej. Bar samoobsługowy "Żarju-Parju" przypomina sposobem zamawiania potraw "Puzatą Chatę", tyle, że jest skromniej urządzony, nie ma w nim piwa ani kwasu, a dania są bardziej europejskie niż ukraińskie. Lokal czynny jest od 8 do 22, przykładowe ceny surówka-4hr, kotlet-10hr, makaron-8hr. Obiecujemy sobie nawiedzić ten lokal przed odjazdem z Odessy. Łazimy trochę po mieście. Po większym kółku kierujemy się w stronę Parku Szewczenki, gdzie trafiamy na modernizowany właśnie stadion "Czornomora". Po drodze spotykamy maszerujących z plaży żołnierzy w mundurach. W parku Szewczenki jest też wesołe miasteczko, ale ceny odstraszają. Jasiu korzysta z szaletu – efekt konsumpcji koktajlu w "Żarju-Parju". Mi na szczęście nic nie było. Gdyby to kogoś interesowało - szalet w parku Szewczenki posiada także prysznice. Wracamy do knajpy, gdzie jasiu tłumaczy jakiemuś Amerykaninowi jak uzyskać kipiatok (wrzątek) z maszyny z kawą. Po kolacji kierujemy się marszrutką na dworzec. W przechowalni bagażu wita mas sygnał używany w budapeszteńskim metrze. Okazało się że jasiowej zapasowej komórce którą zostawił w plecaku uruchomił się alarm. Nie wiemy, jak długo toto wyło, ale pani z przechowalni było dość wyrozumiała. Na peronie czeka już nasz pospieszny do Znamianki, 9 wagonów, dość słabo zapełniony – w naszym wagonie zajęte były tylko dolne leżanki. Przez nieszczelne okna wiało jak cholera, a ogrzewanie nie działało. Na szczęście znów posiłkuję się podwójnym kocem, a jasiu jak zwykle woli marznąć.


PIĄTEK - Gajworońska wąskotorówka, Chrystynówka
obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia

Nasza rzeźnia zajeżdża do Pomicznej ok. 4.30, więc już o 4 trzeba wstać by się ogarnąć i oddać pościel. Pomiczniański dworzec, choć na zadupiu, ma po prostu wszystko – pokoje gościnne, kafe-bar, umywalka w poczekalni. W Kafe-barze wprawdzie nie ma nic ciepłego do jedzenia, ale za to jest duży wybór majonezów i można zamówić czaj (herbatę). Na peronie ustawiono parowóz z jednym wagonem, w którym mieści się muzeum węzła Pomiczna. Większość czasu spędzamy w kafe-barze gdzie jasiu zakupuje czaj, a ja majonez i "skuszenkę" (rodzaj serka) który potem spożywam z własnymi bułkami. Dwie godziny czekania mijają nam więc zaskakująco szybko. O 6 rano jedzie osobówka do Kotowska, zaś 20 minut później nasz osobowy do Hołowaniwśka. Oprócz nas jedzie typ z rowerem, parę osób z pakunkami oraz dwie grupki kolejarzy, którzy popijają wódę zakąsząjąc ogórkami. Kolejarska brać wysiadła w Pidhorodnej. Za Pidhorodną frekwencja nie powala, nie licząc obsługi jedzie nas 3 osoby. Cały pociąg to lokomotywa CzME3 i stary wagon płackartny, w którym urżnięto ścianki i górne leżanki, po czym załatano dziury różnokolorowymi łatami laminatu. Linia przez pierwsze kilka km jest na betonowych podkładach i tu prędkość całkiem przyzwoita, później po odgałęzieniu się jakiejś bocznicy znacznie spada, a podkłady stają się drewniane z przytwierdzeniami na gwoździach. Wg naszej mapy obok szerokiego powinien być tor wąski, jednak ten jest rozebrany. W międzyczasie zagaduje do nas rowerzysta – nazywa się Andriej, jest filologiem ukraińskim, pochodzi z Krzemieńczuka i też jedzie do Hajworonu. Opowiada nam, co warto jeszcze zobaczyć na Ukrainie. Choć w Polsce nigdy nie był nie był, umie powiedzieć po polsku parę zdań. W Hołowaniwśku naszej wąskotorówki jeszcze nie ma. Po stacji kręci się druga lokomotywa CzME3, a z pomostów naszej mechanicy zrzucają jakieś żelastwo przywiezione (element silnika?) z Pidhorodnej. Jest tu kasa biletowa, w której pani kasjerka mozolnie wypisuje bilety, przy czym wypisywanie polega też na wycięciu nożyczkami odpowiedniej ceny z blankietu – co znacznie wydłuża sprzedaż. W końcu nadjeżdża TU2 z jednym wagonem polskiej produkcji, można odnieść wrażenie że lokomotywa to taka zabaweczka, miniaturka lokomotywy normalnotorowej. Oblot składu przeprowadzany jest przed stacją, więc pociąg musi się jeszcze cofnąć, jak w Obratani na kolejce jindrzichohradeckiej. Razem z nami przesiada się parę osób, oraz kawał żelastwa przywieziony na lokomotywie z Pomicznej. Frekwencja w wagonie wąskotorówki jest znikoma, ale im bliżej końcowej stacji, tym się ona zwiększa. W polskim wagonie siedzenia co prawda skajowe (wygodne), ale pozostałe przesłanki wskazują że wagon ma już swoje lata. W toalecie wszędzie rdza, wala się luzem jakaś listewka, a okno jest po chamsku zamalowane farbą olejną (jasiu nie odważył się skorzystać). Drzwi do przedsionka się nie domykają, a po próbie domknięcia przeszły na drugą stronę. Wśród podróżnych jest głuchoniemy pan, który próbuje się dowiedzieć ode mnie ile płaciłem za mój aparat oraz babuszka w chuście i wielkich okularach, która ze wszystkimi chce konwersować, w tym ze mną. Na stacji Moszczem w środku lasu, do pociągu wsiadła rewizorka i zaczęła sprawdzać, czy na zapomnianej przez Boga i ludzi kolejce aby na pewno wszyscy mają bilet. Wesoła babuszka pyta czy to po nią przyszli, ale rewizorka kręci głową że to po kierpociową. Rewizorka i konduktorka, obie ufarbowane na blond i ubrane w skórzane kurtki, trochę podyskutowały, ale poważnych nadużyć chyba nie wykryto. W pewnym momencie pojawia się wzdłuż trasy szeroki tor, a od Hruszki jest on nawet intensywnie używany przez pociągi towarowe. Planowano całą wąskotorówkę zastąpić torem szerokim, ale proces przerwała zapewne pierestrojka. Drugim skutkiem rozpadu ZSRR jest to, że kawałek sieci wąskotorowej znalazł się w Naddniestrzu. Na stacji Hajworon czeka już pociąg do Chrystynówki, złożony z CzME3, węglarki i wagonu płackartnego Hajworon – Jasynuwata o numerze 0, na który na szczęście były jeszcze miejsca. Pomiędzy torami stoi informacja że "sztraf" za przechodzenie przez tory wynosi 10 hrywien, stwierdzamy że nas stać i przez nikogo nie zatrzymywani idziemy na skróty, potem jeszcze bilet, fotka pociągu i wsiadamy. Bilet do Chrystynówki jak na tak krótką odległość był dość drogi, ze względu na miejscówkę. Towarzystwo w wagonie mocno mieszane: obok nas jedzie pan z worem kartofli i kraciastą torbą, która nie chce się zmieścić w kuferku pod leżanką. Ostatecznie leżanka domyka się po wyjęciu z torby... wieży stereo, którą pan z pietyzmem owija ręcznikiem. Ponadto ów pan nie posiada biletu na bagaż który prowadnica postanawia mu wypisać. Inna pani wiezie kilka wielkich toreb w kratę, obdziela więc nimi kilka kuferków, cały proces jest z resztą koordynowany przez prowodnicę. Następnie pani i prowodnica konsumują lunch zajmując całą powierzchnię stolika – na czymś trzeba w końcu pokroić chleb, boczek i resztę wiktuałów. W sąsiedniej "czwórce" panowie radośnie popijają przezroczysty napój ze stakanczików pożyczonych od prowodnicy. Pan od kartofli pyta się jasia, czy można palić w przedsionku. Odpowiadam, że nie wiem, ale w Ziatkowcach może wyskoczyć, bo jest dłuższy postój. Po drodze nie ma kompletnie nic ciekawego, nie licząc pracującej manewrówki w zakładzie "Agro-Kłondajk" w Dżułynce. W Ziatkowcach zmieniamy kierunek i zostawiamy weglarkę. Jakaś rodzinka robi sobie na peronie pożegnalne zdjęcie i po pewnym czasie pociąg rusza do Chrystynówki. Pan od kartofli wyjaśnia jasiowi tymczasem, że sztraf za palenie w pociągu wynosi ponad 100 hrywien. Chrystynówka ma dworzec podobny do Pomicznej, z bankomatem, informacją (płatną 4,5 UAH) i komnatami, o których wcześniej wiedzieliśmy, że podobno są. Mamy wprawdzie spisany adres hotelu, ale decydujemy się na skorzystanie z komnat – 30 UAH za osobę w 3-osobowym pokoju. Podobnie jak cały dworzec, komnaty wyglądają na niedawno remontowane. Za prysznic trzeba zapłacić 5 UAH – dopiero wtedy pani czerhowa otwiera kłódkę broniącą dostępu do prysznica. W pokoju mamy też telewizor, który nie działa. Sama miejscowość okazuje się być całkiem duża i sprawia wrażenie zamożnej – nowe latarnie, samochody żiguli wyglądają jakby wyjechały prosto z fabryki, w parku są nowe chodniki oraz tzw. orlik czyli boisko dla młodych. Można wręcz odnieść wrażenie że znajdujemy się w Polsce lub Czechach, a nie biednej Ukrainie. Pierwsze zakupy robimy na rogu ulic Lenina i Dzierżyńskiego – w sklepie pytają mnie o dowód, "Żelazny Feliks" byłby dumny z takiej rewolucyjnej czujności :) Nieopodal mamy sklep "Market", gdzie można zapłacić kartą, a pani kasjerka chwali się, że w 1988 roku była miesiąc w Trójmieście i Bydgoszczy i żegna się z nami polskim "do widzenia". Przed "Marketem" stoi świecąca plastikowa palma. Rozważając opcję marszrutkowego dojazdu do Humania pytamy się przechodzącej obok starszej pary o ostanowkę awtobusa. Pani w różowym wdzianku bardzo się nami zainteresowała i zaczęła wypytywać czym przyjechaliśmy, gdzie nocujemy i gdzie chcemy się dostać. Zgodnie z prawdą powiedzieliśmy, że do Humania i wbrew jej podejrzeniom nie jesteśmy z Izraela. Przejście na awtowokzał zajmuje jakieś 15 minut, a po drodze mija się pomnik Lenina (który w rozjuszonej pozie ściska w prawicy beret, a lewą ręką trzyma połę płaszcza) i hotel z bankomatem przy ul. Gagarina 8. Odkrywamy też że istnieje tu miejska marszrutka nr1 kursująca co 50 minut. Po sfoceniu manewrów na stacji udajemy się na spoczynek w naszej kimnacie widpoczynku.


SOBOTA - Human, Cwitkowe
obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia

Upewniwszy się, że po przyjeździe popołudniowego dizla Humań – Czerkasy do Cwitkowego jest połączenie do Lwowa (a nawet dwa) odpuszczamy sobie wstawanie na dizla do Humania, który odjeżdża o 5 rano i dopiero o 8 kierujemy się prosto na awtowokzał. Po drodze kupujemy jeszcze bułeczki (jasiu kupuje "rulet" z marmoladą – 1,25 UAH) i focimy pomnik Lenina. Przy pomniku znajduje się wielgachna tablica opisująca lokalne gospodarstwa rolne – możemy się więc dowiedzieć jaki dana spółdzielnia ma areał, ile ziarna produkuje i kto jest kierownikiem. Na awtowokzale kupujemy bilety (po 7,50hr) na najbliższy autobus Monastyryszcze - Czerkasy, który mamy za 10 minut. Focimy jeszcze tablicę z odjazdami, a nuż się komuś przyda. Nasz autobus ma spore zapełnienie. Wyjeżdżając z Chrystynówki mijamy Iwana Gontę, który wspierając się na armacie ze srogą miną broni miasta. Do Humania przejazd zajmuje ok. 30 min., a dzięki busowemu nagłośnieniu możemy delektować się przebojami w rodzaju "Bukiet iz biełych roz". Większość ludzi wysiada 2 przystanki przed dworcem autobusowym, my dojrzawszy kawiarenkę internetową wysiadamy na kolejnym. Dalej był już tylko dworzec autobusy, który położony jest właściwie na wylocie z miasta. Wpadamy na pół godziny do kawiarenki internetowej – 30 min. za 2,5 UAH, (dla amatorów gier jest też specjalna oferta nocna ;) sprawdzamy połączenia do domu i idziemy na miasto. Za awtowokzałem, przy szosie wylotowej, znajduje się park Zofiówka, obecnie ogród botaniczny, założony w XVIII w. przez Potockich. Potem park zarekwirował car, a teraz rozporządza nim Ukraińska Akademia Nauk, która za wstęp życzy sobie 12 UAH. Park jest bardzo zadbany, bardzo rozległy i wymaga trochę czasu, żeby sobie dokładnie obejrzeć te wszystkie "greckie" rzeźby i sztuczne wodospady – my mieliśmy na to tylko 1,5h. Jako że była sobota, ludzi było zatrzęsienie, spotkaliśmy po drodze fotografującą się młodą parę i liczne grupki Żydów w cycesach i jarmułkach. Wychodzimy drugim, głównym, wejściem i szukamy marszrutki, która zawiezie nas na dworzec kolejowy. Po paru minutach spaceru pod górkę wzdłuż drogi trafiamy na wydeptany kawałek trawy, na którym stoi parę osób, zapytani oczekując potwierdzają nasze przypuszczenia ze to przystanek :) Faktycznie po 5-10 minutach nadjechał żółty bus linii 5, dość napakowany, ale znalazło się miejsce i dla nas, i dla naszych 2 plecaków. W busie, produkcji Czernihowskiego Awtozawodu, wisiała nawet dokładna mapka linii, kierowca na głos zapowiada przystanki. Cena biletu - 1,75 UAH. Warto dodać że najważniejszą informacją obok kartki z trasą i kartki z numerem linii jest informacja o kursowania "czerez bazar" tudzież "iz zajizdom na bazar". Zaliczywszy podjazd pod wzmiankowane targowisko którego nazwa to "bazar dobrobut" dojeżdżamy w końcu na humański dworzec. Pani w okienku sprzedaje nam bilety do Cwitkowego i dalej do Lwowa – razem 100 UAH. W międzyczasie musimy też odwiedzić bankomat, którego wyjątkowo na tym dworcu nie było, na szczęście był nieopodal. Po tym przechodzimy na perony i czekamy na nasz pociąg. Do Cwitkowego jedziemy "pojezdem pidwiższonego komfortu" relacji Humań - Czerkasy, objętym rezerwacją miejsc. Nie wiem na czym miał polegać podwyższony komfort bo przyjechał klasyczny dizelpojezd serii D1 z drewnianymi ławkami. W drzwiach od toalety klamka została zastąpiona rączką od śrubokrętu. W Chrystynówce odjeżdżamy 10 minut wcześniej niż wskazywałby rozkład internetowy. Na początku ilość pasażerów bardzo niewielka, jednak im dalej tym bardziej pociąg się zapełnia. Prędkość bardzo różna, momentami jedziemy szybko, ale są też fragmenty powolne. Trasa jest dość nudna, z jednym fajnym krętym odcinkiem Talne - Bohaczewe, gdzie jest trochę wiaduktów i wysokich nasypów. Na stacji Potasz jest zaś popiersie Lenina pomalowane na srebrno. Jadący z nami mocno zawiany pan dzierżący bukiet kwiatów co jakiś czas pyta, czy ktoś jedzie do Czerkasów. W końcu konduktorka uspokaja pana, że w Czerkasach go obudzi, a teraz niech się prześpi. Przyjeżdżamy więc 10 minut wcześniej niż wg rozkładu w internecie, okazuje się jednak że rozkład uległ zmianie o czym na www nie ma żadnej informacji. Na stacji Cwitkowe po zatrzymaniu automatyczne drzwi jeszcze się nie otwierają. Widzimy jednak że nadjeżdża pociąg towarowy, więc względy bezpieczeństwa (jedyna droga z peronu przez tory). Ku naszemu zdziwieniu następuje tu skomunikowane trzech pociągów: Humań – Czerkasy, Im. T. Szewczenka – Mironówka i do Znamianki. Cwitkowe jest zapadłą dziurą, a właściwie "osiedlem typu miejskiego", ma całą niezbędną (dla nas) infrastrukturę – stację z poczekalnią, wychodek (dziura w podłodze bez zasłonek). Warto dodać że budynek wychodka jest murowany, ma nową elewację i plastikowe okna, o remoncie wnętrza lub choćby doprowadzeniu wody niestety zapomniano. Jest też kafe-bar połączony ze sklepem (jak w Laskowicach Pom.). W sklepie działu z alkoholem nie ma, więc po napitki klienci przychodzą do kafe-baru. W kafe-barze jemy pielmieni (pierogi z mięsem) – talerz ok. 10 szt. za 5 UAH – i oglądamy ukraińską telewizję. Z dziennika dowiadujemy się, ze 50 uczniów zatruło się w szkolnej stołówce w Eupatorii. Na stacji ruch jest spory – a to manewry, a to pospieszne jadące magistralą, m.in. "Stoliczny Ekspres" ciągnący pustą autokuszetę. Nasz pociąg Dniepropietrowsk-Truskawiec przyjeżdża punktualnie. Płackarta o numerze 1 to Ammendorf z lat 70., ale zmodernizowany prawdopodobnie w Rosji (oprawy świetlówek jak w wagonach metra). Plusem są szczelne okna i działające ogrzewanie, minusem – drogi bilet (80 UAH) i kretyński łańcuszek na którym wisi górna leżanka, ograniczający długość tejże leżanki. Na przeciwko nas, na bokowym miejscu jadą jacyś mieszkańcy zachodniej Ukrainy, którzy umią mówić po polsku. Od prowadnicy pobieramy też kocyk, który okazuje się przydatny do przykrycia niewygodnego łańcuszka na którym wisi leżanka.


NIEDZIELA - Lwów, Przemyśl, Śląsk
obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia obrazek zdjęcia

Do Lwowa zajeżdżamy punktualnie. W pierwszej kolejności dopytujemy się kiedy spodziewać się marszrutki do Szegini. W pierwszej kolejności szturmujemy bazar w poszukiwaniu pożądanych artykułów (sosy majonezowe i keczupowe, skarpetki i lvivski kwas. Ostatecznie nie kupujemy deficytowych u nas 100-watowych żarówek. Jasiu planował też kupić termometr rtęciowy, ale zapomniał. Wizyta na bazarze była również okazją do konsumpcji czebureka i pirożków – w sumie 8 UAH - niestety z mikrofali. W końcu idziemy do busa, który akurat ma zaraz odjeżdżać. Oficjalnie busy do Szehyni jeżdżą 0 i 30 minut po pełnej godzinie – faktycznie jest różnie. W marszrutce rozmawiamy z jakimiś polakami powracającymi z Odessy. W Szehyniach wyzbywamy się pozostałych hrywien – jasiu kupuje litrowe "Czernihiwśke Biłe", a ja suszone kalmary. Ja pochłaniam mini zestaw obiadowy w kafe-baro-sklepie, integrując się z poznanymi w marszrutce Polakami jadącymi z Odessy, którzy chcą się z nami podzielić swoim limitem wwożonej wódy. W międzyczasie jasiu poszukuje waniliowej coca-coli, jednak nie znajduje, ostatni raz widziana bodaj w Chrystynówce. W końcu idziemy do granicy, gdzie czekamy jakieś 30 minut na przejście na polską stronę. W kolejce obowiązuje prawo łokcia. Śmierdzący wąsaty pan w skórzanej kurtce wyklada, w jaki sposób powinna według niego być zorganizowana odprawa, z osobnym przejściem dla obywateli Uni, a osobnym dla reszty. My mamy inny koncept – osobna bramka dla turystów, osobna dla mrówek;) Celnik zagląda do każdego plecaka, tłumacząc że "teraz tu mamy kamery, więc musimy coś robić". Po polskiej stronie ładujemy się do busa który po zapełnieniu pozostałych 3 wolnych miejsc ruszył do Przemyśla. Przyjeżdżamy na 20 minut przed odjazdem IR Śląsk, który okazuje się mieć zmianę czasową powodującą wcześniejszy odjazd. Kupujemy bilety w kasie PR'u mieszczącej się w remontowanym holu dworca. Ja zakupuję jeszcze coś do jedzenia i idziemy na peron. Tu żegnam się z jasiem i zajmuję miejsce w moim EN57 SPOT. Frekwencja od Rzeszowa stale rośnie, by przed Krakowem wynieść powyżej 100%. W Krakowie okazuje się że postój wynosi 20 minut, dlatego postanawiam zjeść trochę zachodniego plastikowego jedzenia. W tym celu odwiedzam KFC w galerii Krakowskiej, po czym wracam do pociągu. W Katowice przesiadka na osobówkę do Raciborza i dojeżdżam nią do stacji Rydułtowy gdzie kończę swoją podróż.
   plan wyjazdu i kosztorys: | link do planu, kosztorysu |        data wyjazdu: 7-12 września


Relacja z wyjazdu na pomorze zachodnie, do Niemiec i do Chełmży

Bylem jakiś czas temu na wycieczce której celem było przejechanie przejść granicznych w województwie zachodnipomorskim. Tu można zobaczyć plan wyjazdu. To był ostatni wyjazd na bilecie turystycznym za 69zł ważnym na pociągi pospieszne i osobowe.
Zgodnie z tym planem pojawiłem się w piątek wieczorem na dworcu głównym we Wrocławiu. Czekali tam już na mnie koledzy Krzysiek (SMall42) i Rafal (spin). Wykorzystaliśmy fakt że pociąg Rozewie prowadzi grupę wagonów z Jeleniej Góry. Cały tłum wpakował się do części podstawianej we Wrocławiu, a my spokojnie zajęliśmy pusty przedział w Jeleniogórskiej grupie wagonów. W Poznaniu nieprzytomni odszukaliśmy nasz pociąg. Tu też nie było tłumów, znaleźliśmy przedział z jakimś facetem który jechał tylko do Krzyża, wiec też można było się w miarę wygodnie wyspać. Spaliśmy tak mocno że nie usłyszał nikt budzika w Szczecinie Dąbiu gdzie chciałem wysiąść. W ten sposób nie przejechałem za dnia odcinka Szczecin Dąbie - Szczecin Port Centralny. Co gorsza w Szczecinie też się nie obudziliśmy. Dobrze że to była stacja końcowa bo obudził nas rewident który szedł po składzie i gasił światła w wagonach :). Teraz trzeba było jakos przeczekać pół godziny czasu na dworcu. Jako że na peronach był mróz, a w poczekalni spały śmierdzące żule przestaliśmy ten czas w holu dworca. obrazek lokomotywy Gdy już przyjechał nasz szynobus od razu zajęliśmy miejsca. Niewiele ludzi jechało do Pasewalk. obrazek lokomotywy Jazda w obie strony bez przygód. Jeszcze trochę nieprzytomni byliśmy po nocy. Po powrocie do Szczecina spotykamy się z kol. Tomkiem który będzie nam dalej towarzyszył. Chwila oczekiwania i pojawił się nasz wagon motorowy do Angermunde.obrazek lokomotywy Na granicy zauważalna różnica prędkości, po naszej stronie 80km/h, po niemieckiej pociąg od razu przyspiesza do 120km/h. Po przyjeździe do Angermunde idziemy do holu dworca sprawdzić o której ma jechać pociąg do Schwedt. Tu niespodzianka, bo pociąg do Schwedt ma wyświetlone +30. Co ciekawe także z +30 nadal był wyświetlony pociąg do Zusow który powienien jechać godzine temu. W krótce przy pociągu do Schwedt pokazało się że jest odwołany odwołany. obrazek lokomotywy Po minucie pokazało się że jedzie komunikacja zastępcza. Postanowiliśmy przejść się po mieście, jednak zastanawiające było że nadal wisiał przyspieszony do Zusow. Gdy już byliśmy przed dworcem, pociąg wjechał. Szybko biegniemy na peron na peron i wsiadamy do składu. Liczyliśmy na to że zdążymy na przesiadke do Ueckermunde, co bym nam zrekompensowało brak pociągu do Schwedt. Niestety tego połączenia nam nie przytrzymano. Gdy dojechaliśmy do Zusow musieliśmy czekać tam godzinę na mrozie. Co gorsza okazało się że mogliśmy pojechać do Stralsundu i spowrotem w tym czasie. obrazek lokomotywyobrazek lokomotywy Niestety brak sieciowego rozkładu jazdy spowodował że o tym nie wiedzieliśmy. W dalszej podróży na szczęście obyło się bez przygód. Po drodze do Świnoujścia zajeżdżamy jeszcze do Penemunde. obrazek lokomotywy Penemunde sprawia wrażenie opuszczonej miejscowości za sprawą ruin dawnych powojskowych budynków. Po przyjeździe do stacji Świnoujście Centrum obrazek lokomotywy udajemy się na plażę. Jako że mocno wieje szybko nie przebywamy tam długo i odwiedzając po drodze sklep spożywczy udajemy się na przeprawę promową. Za chwilę jesteśmy już w SPOT'owym EN57 obrazek lokomotywy który zawiezie nas do Szczecina. Tam przesiadamy się do Przemyślanina, znajdujemy pusty przedział i zasypiamy. W Lesznie przesiadka na Rozewie, tu też rozstajemy się z kol. Rafałem który jedzie dalej do Gliwic. Z Leszna do Bydgoszczy także mamy prywatny przedział. Po drodze łapiemy niewielkie opóźnienie dzięki czemu krócej czekamy w Bydgoszczy. Po naszym przyjeździe zajmujemy miejsca w podstawionym już szynobusie do Chełmży.obrazek lokomotywy Trasa to klimatyczna lokalka. Tłumów nie było, ale frekwencja przyzwoita. W Chełmzy napotykamy dwa pociągi Arrivy - jeden do Torunia, a drugi do Grudziądza.obrazek lokomotywy Jadąc spowrotem zauważamy że kierowniczka pociągu ma elektroniczny terminal do sprzedawania biletów. Z Bydgoszczy podjeżdżamy sobie pospiesznym do Inowrocławia w celu spożycia czegoś w barze mlecznym na dworcu. Bar mleczny okazuje się został zlikwidowany, więc jako że Tomek ma kartę zniżkową idziemy do McDonalda. Po powrocie na stację chwila oczekiwania i wjeżdża nasza osobówka do Gniezna. Teraz będziemy podróżować już samymi EN57. Do Gniezna dojeżdżamy planowo obrazek lokomotywy Odwiedzamy tamtejszą wąskotorową stację, po czym kontynujemy naszą podróż w kierunku Jarocina.obrazek lokomotywy W Jarocinie słyszymy przez megafony że wjeżdża pociąg relacji Poznań-Kluczbork. Wprawia nas to w niezłe zdziwienie bo takiego pociągu o tej porze nie ma. Okazuje się że to opóźniony 2,5 godziny z 12:07. Rozstajemy się z Tomkiem który pojedzie do domu Merkurym. Nasz osobowy do Wrocławia na szczęście przyjeżdża planowo. Jako że to niedziela wieczór - jedzie dużo studentów. Po przyjeździe do Wrocławia odprowadzam jeszcze Krzyśka na Szyndzielnie i tak kończy się ostatni wyjazd na bilecie turystycznym.obrazek lokomotywy
   plan kółeczka: | link do planu |        data wyjazdu: już był


Dlaczego jeżdżę?

Niektórzy pytają się mnie co takiego widzę w jeżdżeniu koleją. Cóż, trudno tego nie polubić. Podróżowanie daje poczucie wolności. Można zobaczyć wiele kultur, nawet w granicach naszego ukochanego kraju. Czasem można sie od tego uzależnić, oglądanie wciąż tych samych obrazków będac w domu i chodząc do szkoły staje sie z czasem nudne. Warto zobaczyć coś nowego, gdzie jeszcze się nie było. Moje podróże zwykle planuję wg mojej mapy na któej zaznaczam sobie każdą linię kolejową którą jechałem.

Najbliższa podróż która mnie czeka jest na Roztocze. Zawsze miło wspominam tamte rejony, te pola i lasy wśród których z żadka pojawi sie jakaś miejscowość. Ludzie na wschodzie są bardzo życzliwi i jak nigdzie indziej bardzo otwarci. Znów pojadę pociągiem pospiesznym "Hetman" realacji Gorzów-Zamość, tym razem z Katowic do Zwierzyńca. Jadę gdyż nadaża sie okazja pojechania pociągiem ze Stalowej Woli do Ostrowca Świętokrzyskiego przez Sandomierz. Na wspomnianej trasie nie jeżdżą niestety pociągi pasażerskie, dlatego nie moge przegapić takiej okazji.

   plan kółeczka: | brak |        data wyjazdu: brak